niedziela, 5 sierpnia 2012

fearless.

Pod poprzednim postem, wiele z Was, napisało mi, że moją pomocą w ciężkich chwilach może być Bóg. Tak też się stało, trzy dni temu wróciłam z dwutygodniowych rekolekcji. Taak, mogę powiedzieć, że było wspaniale, jak zresztą co roku od dziewięciu lat. Ale pierwszy raz przestałam skupiać się na tym, jak ma być dobrze z innymi, chciałam wreszcie odpowiedzi. I tak naprawdę dostałam je dopiero po powrocie do domu. Miałam mieć siłę na to, by zacząć ustępować matce, by zacząć nowe życie, jako nowy człowiek. Nie oczekiwałam, że ona się zmieni, wiedziałam, że tak się nie stanie. To ja miałam się zmienić, chciałam zacząć od siebie. I rzeczywiście, pierwsze dwa dni- bomba. Aż nadeszło wczoraj. Moja siostra oficjalnie zerwała ze mną kontakty, pojechałam do niej, żeby się pożegnać. Nie wiem, czego matka się spodziewała, ale głupotą byłoby myśleć, że będę po tych wydarzeniach szczęśliwa. Ale jak na złość wszczęła awanturę, o głupotę, a ja rozstrojona i zrozpaczona po utracie najbliższej mi osoby, dałam się sprowokować. I tak całą noc przepłakałam z bezsilności, że nadal nie mogę zrobić nic żeby było lepiej. Do tego doszedł cholerny ból zęba, ale oczywiście nic z tym nie zrobię, bo mam odwieczny lęk przed dentystami. Dzisiaj jest lepiej i z zębem i z samopoczuciem. Z matką zachowujemy ostrożność, dystans w rozmowie. Jeszcze lepiej zrobiło mi się jak wróciłam z mszy i spotkania z przyjaciółką, która wróciła z Turcji. Opalona, piękna- pełna cudownych wspomnień. Mam wrażenie, że stoję w miejscu, podczas gdy wszyscy inni gnają naprzód, częściej szczęśliwi niż ja. Ale może tak właśnie ma być, chwile słabości i bólu, naprawdę czegoś uczą. Zresztą- nie jestem zazdrosna o cudze szczęście, jestem świadoma, że często sama skazuję się na "gorsze chwile". W tym momencie mam też niepotrzebny zamęt uczuciowy.
Chłopak, z którym byłam w tym roku ciągle coś dla mnie znaczy, zerwałam z nim z prostego powodu- nie kochałam go, podczas kiedy on zapewniał mnie o tym na każdym kroku. Nie wiem, może popełniłam błąd, ale stwierdziłam, że nie mogę być z kimś do kogo nie czuję wystarczająco dużo, bo im dłużej by to trwało, tym bardziej jego by to raniło. Wszystko było dobrze miesiąc, dwa po tym jak z nim skończyłam, ale wspólna szkoła, klasa i ławka, raczej nie pozwoliła nam zapomnieć. Dodatkowo fakt, że najpierw połączyła mnie z nim przyjaźń i dziwna więź, też nie pomaga w podjęciu racjonalnej decyzji. A on kazał mi ją ostatecznie podjąć po powrocie z rekolekcji. Super. Najgorsze jest to, że oprócz tego jednego K, jest jeszcze G i P! Nie gram na kilka frontów, ale z G rozmawiam od dłuższego czasu, trochę się spotykaliśmy, ale nasza znajomość niestety opiera się głównie na esemesowaniu. Tak, wiem co mi powiecie- pieprzyć go. I pewnie tak zrobię, skoro koleś nie jest na tyle dojrzały, żeby spotykać się twarzą w twarz częściej niż raz na dwa tygodnie. Co do P- jeżeli miałabym ideał, on by nim był. Naprawdę, odnalazłam w nim wszystkie cechy (wady i zalety!), które lubię w chłopakach (tak, można lubić wady, chyba nie jestem dziwna?). Do tego on sam zainteresował się spotkaniami, mieszkamy od siebie kawałek, więc również piszemy, ale na szczęście o to byśmy mieli stały kontakt on też się troszczy, więc nie czuję się jakbym go nagabywała czy coś w tym rodzaju. Pierwszy odpowiedzialny i określony facet. Szkoda tylko, że wybory często są ciężkie i to co mówi rozum, nie zawsze idzie w parze z porywami serca.
Jak widzicie, "szalone życie nastolatki" wiruje w te wakacje. Mam milion problemów i z żadnym z nich nie potrafię sobie w pełni poradzić. To wszystko przez te decyzje. Nigdy nie byłam dobra w dokonywaniu wyborów. Może jakieś rady?
A jak u Was? Jak pierwszy miesiąc wakacji? A jak zapatrujecie się na drugi?